• Wpisów:7
  • Średnio co: 1 rok
  • Ostatni wpis:8 lata temu, 23:26
  • Licznik odwiedzin:5 917 / 3134 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Gdy tylko weszłam na piętro zobaczyłam jej drobną sylwetkę. Siedziała na końcu korytarza, w okiennym wykuszu. Sama. W pustym w tej feryjnej porze roku internacie. Jej mała postać ocinała się czernią od rozsłonecznionego okna. Przez chwilkę obserwowałam ją z oddali, w jasnych dłoniach trzymała książkę, grzywka zasłaniała jej oczy. Tak dawno jej nie widziałam, tyle tygodni! A jest jedyną moją rodziną, wszystkim co mam. Za każdym razem jest inna, dorośleje, zmienia się, walczy ze swoimi smutkami i tęsknotami a ja nie mogę być codziennym świadkiem tych zmian. Ta szkoła, to miejsce jest najbezpieczniejszym schronieniem dla niej, choć ona o tym nie wie. Była zła na mnie za odesłanie jej tutaj, za umieszczenie jej - tej niezwykłej dziewczynki w starej jak świat szkole, w domu bractwa Luxmoore wśród zwykłych dziewczynek w jednakowych mundurkach.
Nie mogę stworzyć jej domu, na jaki zasługuje, nigdy nie wiem, gdzie obudzę się następnego dnia, w jakim mieście, w jakim kraju, jaki będę miała widok z okna, jakie zadanie, jaką misję. Jaki dług jeszcze do spłacenia.
Podeszłam bliżej, słońce grało w jej ciemnych, lśniących włosach, podniosła głowę i spojrzała na mnie zza czarnej grzywki, jej oczy uśmiechnęły się. Zeskoczyła z parapetu i nic nie mówiąc przytuliłam ją wdychając jej dziecięcy jeszcze zapach.
- Witaj kochanie - szepnęłam.
Nie powiedziała nic, wtulała głowę w moje ramiona, piąstki zacisnęła wokół moich ramion.
- Obłędnie się za tobą stęskniłam. Przyjechałam na kilka dni, spędzimy je razem tutaj, chcesz? Pospacerujemy, porozmawiamy, zwiedzimy razem Kent. Zrobimy sobie takie własne mini-ferie, zgoda? Saoirse? Czemu nic nie mówisz? Wszystko w porządku?
Podniosła głowę, spojrzała mi prosto w oczy i głośno powiedziała:
-Nie zostawiaj już mnie nigdy więcej na tak długo. Słyszysz? Nigdy więcej. - Jej brązowe oczy patrzyły na mnie uważnie. - I nie obiecuj, że nie będziesz. Po prostu tego nie rób.
- Dobrze - odpowiedziałam głaszcząc ją po głowie - Nie będę. Teraz zostanę kilka dni, pobędziemy razem. Potem muszę jechać do pracy. A gdy skończy się rok szkolny to coś wymyślimy.
- Nie zostawiaj już mnie na tak długo - powtórzyła głośno.
- Nie zostawię - powiedziałam patrząc na moją małą siostrę - Nie zostawię... Na co masz teraz ochotę? Jest takie piękne słońce, może pójdziemy się przejść? Załóż coś na siebie, a ja w tym czasie przywitam się z waszą opiekunką, spotkamy się na dole.
Skinęła głową i pobiegła do swojego pokoju. Zeszłam na dół, zapukałam w masywne, dębowe drzi prowadzące do prywatnych kwater profesorów, uchyliły się z delikatnym skrzypnięciem.
- Wejdź, Kat, czekałam na Ciebie... - powiedziała Catherine zdejmując okulary w szylkretowej oprawie.
Po kilku minutach opuściłam jej zaciemniony pokój pełen książek i starych map.
Przy wejściu na dole czekała już na mnie Saoirse gotowa do przedwiosennego spaceru.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Gdybym nie była tym, kim jestem czułabym się dosłownie zakładnikiem we własnym mieście dotkniętym białym paraliżem. Zamknięte szkoły, nieprzejezdne drogi... ale nie dla mnie, nie ma możliwości żebym się nie mogła wydostać. Bardzo chciałabym wreszcie zobaczyć się z Saoirse, młodszą siostrą, którą na czas mojej niespokojnej pracy umieściłam w Europie. Daleko, by nikt nie mógł jej skrzywdzić, zabrać, dowiedzieć się o jej istnieniu. Daleko, ale bezpiecznie. Jutro rano wylatuję.

Sypie niezmiennie, powoli zapada zmrok choć w tym mieście, które ponoć nigdy nie zasypia nie robi to różnicy. Opieram czoło o zimną szybę i choć staram się ze wszystkich sił nie myśleć o naszym pierwszym spotkaniu jego obraz wraca i wraca. Kiedy to było? W marcu? Nie, chyba w połowie kwietnia, gdy nawet duże miasta przez tą nikłą chwilę pachną wiosną, gdy można już wystawić twarz do słońca, gdy można pić kawę w kawiarnianym ogródku. Tak, to był doskonały dzień...
  • awatar Hawana: świetnie napisane i do tego cudne zdjęcia :) dodaję do obserwowanych.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Leniwy poranek, a właściwie już południe. Nie pamiętam kiedy ostatnio spędziłam tyle czasu we własnym łóżku, śpiąc, czytając, słuchając muzyki, myśląc. Ciemna pościel z surowej bawełny, filiżanka espresso, świeże cantucci, które rano zostawił pod drzwiami Antoine i niekończąca się zima za oknem. Ten ciągle padający śnieg wydaje się już być abstrakcyjny, absurdalny w swojej niezmienności. Biały pył jest wszędzie, z powodu - a może dzięki - tej uporczywej snieżnej burzy odwołane są loty, sparaliżowane miasto, nie można się ruszyć.
Dziwne, jestem z tego wręcz zadowolona, czuję się jak uwięziona w pokręconej wersji opowieści Dickensa - i dobrze mi z tym.
Wdycham mocny zapach kawy, mam wrażenie, że pachną mi nią włosy i skóra... pamiętam ten zapach gdy po raz pierwszy spotkałam się z Jamesem... zapach mocnego espresso, zapach świeżych cantucci, zapach wiosennego Rzymu i my na Piazza di Spania, jeszcze nowi dla siebie i nie odkryci w kwietniowym słońcu.
Nie, nie mogę teraz o tym myśleć, już nie moge, jeszcze nie mogę...

 

 
Nowy Jork powitał mnie śniegiem. Odkąd pamiętam uwielbiałam to miasto ubrane właśnie w tą porę roku. Lekko mroźne powietrze szczypie w policzki, wiatr od Hudson, zapach Manhattanu, zapchane, zatłoczone ulice, żółte taksówki. Po prostu moje miasto. Wyspa jak świat.
Gdy podjeżdżałam pod moją kamienicę już porządnie padało, przechodnie ślizgali się na oblodzonych chodnikach, samochody coraz trudniej poruszały się w rosnących zaspach. Nad ranem wszystko będzie przykryte grubą warstwą białęgo puchu.
Szybko wbiegłam po schodach ostukując buty z lepkiego śniegu, otworzyłam drzwi i wreszcie mogłam odetchnąć zapachem mojego domu.
Nierozpakowaną walizkę zostawiłam w holu, zdjęłam buty, rzuciłam płaszcz i już boso przeszłam po ciepłej drewnianej podłodze do salonu. Nawet nie zapalałam światła, podeszłam do ogromnej szklanej wirtyny i syciłam oczy nocną, zimową panoramą Manhattanu.
 

 
Jeszcze tylko kilka godzin - i będę w domu. Opuszczam zimowe Kioto bez żalu, szybko się pakuję, jedna walizka, hotelowa winda, concierge żegna mnie skinieniem głowy, mijam szklane drzwi Hyatt Regency, gdzie mieszkałam przez ostatnie kilka dni. Wsiadam do czekającego na mnie auta, które wiezie mnie do portu lotniczego Kansai. Paszport na jedną z moich tożsamości, bezproblemowa odprawa, VIP room, szybka przesiadka w Tokio - i przede mną 18 godzin lotu do domu. Lubię te powroty, ten czas gdy mogę przystanąć, złapać oddech, nadrobić zaległości w książkach, płytach, prasie. Zawsze w każdą podróż wożę ze sobą moją ukochaną książkę "Mistrz i Małgorzata", którą kiedyś, kiedyś jak byłam już nie dzieckiem a jeszcze nie dziewczyną podarował mi mój dziadek. Usypiający szum silnika, zapach skórzanych foteli w biznes-class, kaszmirowe koce, bezgłośnie kroki sterwardess. Zostawiam za sobą wszystko, obmywam krew z moich dłoni, kieliszek zimnego szampana... Te chwile ładowania baterii nie trwają długo, bardzo często po powrocie mam czas tylko na przepakowanie się, kąpiel, sen - i znów w drogę. W szarej kopercie wsuniętej nie wiadomo kiedy przez szparę pod drzwiami czeka mnie nowe wyzwanie, nowe zlecenie, zadanie. Jestem szybka i skuteczna, nie narzekam na brak pracy. Niczego nie żałuję, uwielbiam to, co robię. Jednym wyrzutem sumienia w moim wolnym życiu jest moja młodsza siostra, której nie poświęcam tyle czasu ile ona potrzebuje, ile by chciała - a przecież mamy tylko siebie. Co teraz robi? Jak się czuje? Obiecałam sobie, że po tym zadaniu polecę do niej, odwiedzę, spotkam i - o ile jeszcze będzie chciała - przytulę i porozmawiam.
Ale pomyślę o tym jutro. Ponad połowa lotu za mną, teraz muszę odpocząć. Każda cząstka mego ciała woła o sen, o relaks i odpuszczenie, bąbelki szampana kołyszą mnie do snu, zdejmuję buty, otulam się ciasno podbitym srebrnym lisem płaszczem i odpływam.
Za osiem godzin będę już w domu.
 

 
Nie było mi zimno, czułam jak krew we mnie wrze, jak pulsuje pod jasną skórą dłoni, w skroniach, w brzuchu. Nie spuszczałam z niego oka, szedł nieśpiesznie, nie oglądając się za siebie. Nie wiedziałam kim jest, nie wiedziałam jaką kawę pije na śniadanie, czy lubi Beethovena, czy jest zakochany, czy nocami wtula się we włosy swojej kobiety, czy ma dzieci. I nie obchodziło mnie to. Nigdy nie jestem wysyłana do Aniołów - wręcz przeciwnie, więc zawsze jestem spokojna, skupiona, najlepsza. Zostało mi powierzone zadanie, które musiałam wykonać. Szybko, bezszelestnie, bez pozostawiania śladów, domysłów, szukania.
Sięgnęłam do rękawa, poczułam pod palcami chłód stali. To mój ulubiony. Te do sushi są nalepsze, wypróbowałam już je nie raz, niezawodne, ostre, lekkie. Rękojeść z magnolii leży jak ulał w mojej dłoni. Musiałam dość długo czekać, aż Korin zrobi mi specjalną, dla leworęcznych.

Byłam już blisko, bardzo blisko, czułam zapach jego wody toaletowej, miał mnie tuż za swoimi plecami, szedł w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, nieświadomy. Śnieg prawie bezszelestnie osiadał na gałęziach, ławkach, mostkach. Zawirowałam, zakręciłam się, jeden ruch, jeden srebrno-czerwony błysk rękawa furisode... I nic właściwie się nie zmieniło. Jest taka sama cisza, śnieg pada tak samo, dużymi płatami, gęsty i lepki, szybko przykrywa czerwone plamy na ścieżce, przykrywa bezładny, ciemny kształt leżący u moich stóp.
Krew i śnieg.
Śnieg topniał na mojej gorącej twarzy i spływał kropelkami po szyi.
Wracam...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Czekałam na niego pod Ginkaku-ji, która w tym czasie bardziej niż zwykle zasługiwała na swoją nazwę: Srebrna Świątynia, Srebrny Pawilon. Jej przepiękny ogród zen, jej spiczate dachy spowijał miękki śnieg, ścieżki były spięte gładką, lśniącą siecią cienkiego lodu, w której odbijało się zimowe słońce.
Oficjalna nazwa tej magicznej buddyjskiej świątyni brzmi Jishō-ji - czyli Świątynia Promieniejącego Miłosierdzia, świątynia łaski, której ja tamtego dnia nie mogłam, nie miałam pozwolenia okazać...
Zobaczyłam jego smukłą sylwetkę w świetle drzwi. Poprawił kołnierz i ruszył w głąb cichego ogrodu, przeszedł obok sadzawki i powoli znikał za bezlistnymi drzewami.
Ruszyłam za nim.
Ostrożnie stawiałam stopy, moje geta zostawiały głębokie ślady. Kolor tabi zlewał się z białym jak mleko śniegiem.
Zaczęło sypać grubymi, ciężkimi płatami, jakby całe to wyludnione miejsce chciało spuścić zasłonę, odgrodzić świat od tego, co miało stać się za chwilę. Otworzyłam parasol i w obezwładniającej ciszy podążałam za nim.